Wyrwane z notesu

Siedzę i patrzę w kawałek szarej ściany naprzeciw stołu. Zaparzyłem herbatę, żeby pobudzić zgnuśniałe neurony. Dochodzi dwudziesta. Zarzucam sobie, że gdybym przysiadł wcześniej, pewnie już bym coś wymyślił. Wszystkie pomysły jakie miałem zdają się być albo błahe, albo koniunkturalne bądź ostatecznie zbyt trudne i żmudne do zrealizowania. Recenzent przegania autora sprzed pustej kartki, powtarzając znane hasło: Chujowe, nie czytałem.

Mijają kolejne minuty, wciąż nie mogę się zdecydować, co ma być osią tekstu… Blokada pisarska, kwarantanna, wyzucie rzeczywistości ze świeżych doświadczeń, a może wszystko na raz? W końcu zagadnienia te bez trudu da się objąć logiczną klamrą.

Znowu cisza. Niesłychane, że w braku pomysłu znalazłem wspaniały sposób na opanowanie mętliku w głowie. Żadna myśl niezwiązana z wypluwaniem treści nie ma nawet czelności zapukać do drzwi świadomości. Przynajmniej wiem, że umiem się jeszcze skupić.

Kiedy to się skończy? Jeśli będę mógł nieskrępowany restrykcjami wyjść z domu i zaczerpnąć świeżego powietrza, to złapię nową perspektywę i pomysły zasypią mnie niczym manna z nieba? Zresztą, jakie świeże powietrze, dziś w Warszawie był smog. To bez sensu. 20 stopni Celsjusza, lekki wiosenny wiatr, a śmierdziało jak cholera.

Mam impuls by skasować wszystko, co napisałem. Po co to, skoro cel nieznany, ba, na próżno szukać kierunku. Ni widu, ni słychu struktury, myśli przewodniej, idei co do formy.

Być może oto jest clue całego zamieszania. Pisać trzeba, ale nie wiedząc po co! Pogodzić się z nieklarownością myśli, niestałością konceptów i brakiem perspektywy. Byle do kolejnego zdania, najbliższej kropki. Dryfować.
Przyjąć to, co przed oczami, przestać wyglądać za róg.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *